Wyświetlam 1 - 10 z 152 notek

Sześć

  • Napisane 10 maja 2017 o 21:44

Minęło 6 tygodni.

Maleńka jest wspaniała.
Dziwna.
Inna.

Inna od mojej pierworodnej.

Cały czas się rusza. Przebiera rączkami, wierzga nogami. Kręci główką.

Podnosi ją!

Moja większa mała dokonała tego w 3 miesiącu życia. Ona w trzecim tygodniu? Właściwie od początku lekko podnosiła.

Wydaje różne dziwięki. Grucha. Przepiękne to jest, nigdy nie słyszałam.

Uśmiecha się! Po piątym tygodniu zaczęła, rozmiękczając mogę serce przepięknym bezzębnym uśmiechem.

Jest ciekawska, cały czas jest z nią kontakt wzrokowy.

Krzyczy wieczorami. Ale jak! Można by egzorcystę wzywać. Ona nie płacze, ona się drze ;) Raczej z przegrzania mózgu, bo daje się uciszać i nie ma objawów kolki. Dzisiaj np. zasnęła na wieczór jak anioł.

Powoli łapię rytm, jest i posprzątane i ugotowane, dzieci zaopiekowane i nawet próbuję wyłapać chwilkę na szycie. Niestety jak do tej pory udało mi się jedynie podwinąć spodnie ;D.

Może to zasługa dzisiejszego spaceru i wizyty w przedszkolu? Ale o tym później. O koszmarze starszej też :(

Szczęście

  • Napisane 4 maja 2017 o 17:51

Było pięknie.

Mimo bólu. Podczas słabszych skurczy na początku (myślałam, że to już są mocne) chodziłam z mężem po korytarzu szpitala i żartowaliśmy. Świetne wspomnienia, do dzisiaj chce mi się śmiać z reakcji ludzi na moje skurcze, chociaż wtedy mi do śmiechu nie było. Za to dobry humor dopisywał. W pokoju do rodzenia też, chociaż już rzadziej i nie wszystko pamiętam. Skupienie i ból obierają pamięć. Dlaczego więc tak mile to wspominam? Dlaczego chętnie wracam do wspomnień, do zdjęć (tak, chciałam i mam zdjęcia)? Po prostu spełniłam marzenie, chociaż koniec był inny. I też jestem bardzo z niego zadowolona! Dziwne? Dziwne! :) Super było jak zaczęłam odzyskiwać „przytomność” po kroplówce z opiatem. Nie pomogła zmniejszyć bólu podczas skurczy, ale wydłużyły się przerwy między nimi. I znowu zaczęły się żarty i śmiechy, choć ostatkiem sił. Podróż na salę operacyjną była zabawna, wiózł mnie mój własny mąż :D oczywiście razem z położną (czy kto to był, już nie jarzyłam kto jest kim). Znowu pozwolili mi zostać w okularach! Ktoś powiedział, że przecież muszę zobaczyć własne dziecko ;D Na sali operacyjnej też wszyscy żartowali, śmiali się subtelnie jak jęczałam na skurczu przebierając palcami u stóp, bo nie wolno mi było się poruszyć przy wbijaniu znieczulenia w kręgosłup. To była masakra :D A jak już się udało i kładłam się na plecy, momentalnie cały ból minął. Boże, co to był a za ulga! Wspaniałe uczucie! Czułam się, jakbym się kładła na plaży, takie odprężenie. Cała się trzęsłam cały poród i teraz na sali też… Dali mi ciepły koc elektryczny ;) Niestety i on nie pomógł, stwierdzili, że to reakcja organizmu na ból i sam poród. Kroili mnie, a ja wołałam, czekajcie na mojego męża xD A oni się śmiali i wołali: już idzie, już idzie, hehe. Wyciągnęli malutką, dali na stację i w tym momencie wpadł mój mąż :D W samą porę hehe. Szybko mnie pozszywali i wywieźli na pooperacyjną. Zapytałam czy długo będę leżeć, poleżałam dosłownie chwilę, a tu nagle wchodzi mój mąż z maleńką na rękach . Najpiękniejszy widok na świecie :) Mała od razu zaczęła pić z piersi jak szalona, a ja byłam taka szczęśliwa, bo moja pierworodna nie potrafiła.

Nie wiem jak opisać swoje uczucia i wrażenia. Mimo długiego porodu zakończonego cc uważam,że był bardzo piękny i udany. Wspominam go z szerokim uśmiechem. Nie mam żadnej traumy, wręcz przeciwnie. Nie wiem czy to zasługa miłego personelu i super atmosfery, mojego męża czy mojego podejścia. Może dziwnie to zabrzmi, ale każdej życzę takiego porodu. Może raczej powinnam życzyć dwugodzinnego i zakończonego normalnie? To tego życzę! Ale tak fajnego jak mój :)

Momentami zastanawiam się, czy może niepłodność, ta cała walka o ciąże itd miała na to wpływ. Być może dlatego jestem taka radosna? Mimo problemów, chorób, walk, zmęczenia i chodzenia jak zombie jestem tak szczęśliwa. I nie jest zawsze tak wspaniale, momentami miewam dość i marzę o spokoju, jaki był przy jednym dziecku. A później dzieci idą spać i wraca to szczęście ;D

Poród

  • Napisane 12 kwietnia 2017 o 15:13

26.04.17 Niedziela

Bardzo aktywny dzień. Pojechaliśmy na urodziny kuzyna, był torcik itd. Później poszliśmy na dłuuugi spacer, była piękna pogoda. Mała próbowała jeździć na hulajnodze, jednak ciężko było jej utrzymać równowagę. Za to skakała na trampolinie z ciocią, huśtała się z kuzynami i dziećmi, było wesoło. Jednak wykończył mnie ten dzień. Ledwo stałam na nogach i jak wróciliśmy do domu padłam na twarz.

27.04. Poniedziałek

Obudziłam się przed 6:00 zmęczona. I to bardzo. Powiedziałam mężowi, że nie jadę dzisiaj z małą na grupę, bo już nie mam siły. Musiałam odpocząć. Nie trwało to długo, bo przyjechała do mnie siostra z dziećmi i przywiozła mi kwiatki na balkon i sernik. Długo siedzieliśmy na balkonie, moje zmęczenie sięgało zenitu. Do wieczora zjadłam cały ten sernik… 8 dużych kawałków.

Poród

Położyłam małą spać i nie mogłam zasnąć. Nagle koło 23:00 zaczął mnie boleć brzuch jak na okres. Coraz mocniej. Nagle mokro. Lecę do wc. Wszystko leci za mną po nogach. Czerwono. Oj, jak czerwono i boli, to trzeba to sprawdzić… Poszłam do męża do stołowego i mu mówię, że wody mi odchodzą. A on do mnie: żartujesz! ;) Dosyć bolesne skurcze były co 5 minut. Poszłam pod prysznic, tam ból trochę zelżał, ale nadal było regularnie. Obudziłam córkę, biedna od razu wstała i mówiła, że jedzie do cioci spać. A mi się serce krajało. Ubrałam ją na piżamę, bo nie wiedziałam czy zaraz nie wrócimy do domu, jeśli wszystko będzie dobrze.

Podczas jazdy autem bolało tak, że prostowałam nogi, których nie dało się wyprostować przez siedzenia ;D

Było po północy, koło pierwszej.

Na porodówce położna podłączyła mnie do ktg. Sprawdziła wody, które okazały się nie być wodami. Test potwierdził, że to nie to,mimo że ilość była wielka i taka utrzymywała się do porodu. Podczas godziny zapisał się tylko jeden skurcz. Wszystko ucichło. Tylko mała chodziła dzielnie po gabinecie, piła wodę i mówiła, że dzidziuś puka.

Po godzinie wróciliśmy do domu, jakoś położyłam małą spać. Było już po drugiej. Była bardzo smutna, że nie pojechała do cioci…

Położyłam się spać, a raczej leżeć. Minęła ledwie chwilą. Nagle znowu ból. Ostry. Aż zerwało mnie na czworaki. Zaraz następny. I kolejny. Cholera boli. Zaczęłam liczyć, po szóstym co 5 minut wyszłam z sypialni, bo zaczęło się robić nieznośnie.

I tak z regularnymi skurczami co 5 minut chodziłam po ciemnym mieszkaniu, zatrzymując się przy parapecie w kuchni, szafce, balkonie w pokoju i przewijaku. Przy przewijaku było najlepiej, bo ma odpowiednią wysokość ;) Chodziłam, kręciłam, robiłam przysiady i różne cuda między bólami. Przemęczyłam się tak do 7:30, aż wstał mój mąż, nie chciałam ich budzić, szczególnie małej. Zdecydował, że dzwoni po ciocię. Przyjechała momentalnie, 140 na liczniku ;) Podczas skurczy nie potrafiłam już mówić, tylko czekałam byle przetrwać ból.

Na porodówkę zajechaliśmy o 09:00.

W poczekalni nie miałam się czego trzymać, krzesła za nisko. W końcu wiem co to znaczy „chodzić po ścianach”. Trzymałam się więc umywalki w toalecie, dobrze że była solidnie zamontowana.

Położyłam się na ktg. Dwa lekkie skurcze i… koniec. Koniec! Po moich pięciogodzinnych regularnych skurczach! Przyszedł student z jeszcze młodszą studentką. Zakładała mi swój pierwszy wenflon. Przyszła położna, powiedziałam jej, że skurcze zanikły. Ona zdziwiona, bo już mi wpis na oddział przygotowała. Powiedziałam jej, że nigdzie się stąd nie ruszam xD
Zgodziła się i powiedziała, żebym poszła pochodzić i jak do południa się nie zacznie, to wracam do domu. Weszłam do gabinetu na usg, a tam moi studenci. Okazali się być lekarzami xD Ten młodziutki lekarz szkolił stażystkę… Coraz młodszy ten personel hehe. Usg idealne, łożysko, przepływy też. Dobrze było widać małej uszy ;) Powiedział, że mała się wierci i próbuje się ustawiać.
Zaczęłam chodzić po schodach w górę i w dół. I po korytarzach. I znów schody i przysiady i tak w kółko.

Pomogło!

Jeden lekki, drugi, trzeci mnie poskładał. Przy kolejnych (znowu co 5 minut) musiałam trzymać się poręczy przy ścianach, żeby nie upaść. Zaczął się ból pleców. O jezu jaki chamski. Kilka osób zatrzymywało się, czy potrzebuję pomocy. Nie, ja tylko rodzę ;D Jedna kobieta przy ostatnim skurczu na korytarzu powiedziała do męża, że współczuje, bo sama rodziła 3 razy. Po tym nie wytrzymałam i wróciliśmy na porodówkę. Jak mnie położna zobaczyła (akurat na skurczu przy gołej ścianie) od razu założyła mi obrączkę na rękę i zaprowadziła do naszego pokoju ;) Kazała się położyć i podłączyła ktg.

No i się zaczęło ;)

Skurcze jak byk, rozwarcia brak. Po około godzinie mąż zapytał, czy może skoczyć po moją torbę. Pozwoliła nam iść razem (serio? ciekawe jak). To jakoś poszłam w nadziei, że to przyspieszy akcję. Stawałam co kawałek, gdzie tylko mogłam się czegoś chwycić. Na świeżym powietrzu było super, stałam pod drzewem, znakiem, autem itp. Udało się, wróciliśmy z parkingu do szpitala. Na dole mój zostawił mnie przy stoliku i poszedł sobie po bułkę, bo był głodny. Czekałam chyba całą wieczność, myślałam, że go zabiję. Już ledwo doszłam do porodówki.

Znowu ktg. Rozwarcie na 1 palec. Na leżąco ból pleców zamienił się w rąbanie siekierą. Skurcze co 4 minuty, rozwarcia brak. Nie będę się rozpisywać o szczegółach, ale bolało tak cholernie, że nie szło wytrzymać. Skupiałam się tylko na oddechu i na tym, że na pewno po tym skurczu odłączy mnie od tego ustrojstwa. Skurcze pisały się od 60 do około 80, kilka razy wskakiwało na 90‰, cokolwiek to znaczy. Odłączyli mnie, więc chodziłam, kręciłam się i wyliczałam drogę, żeby tylko zdążyć się złapać szafki lub poręczy łóżka. Niestety bóle krzyżowe zostały już do końca. Skurcze co 3 minuty, co 2.

Potężne.

Rozwarcie na 1, ewentualnie 1,5 palca.

Dalsza męczarnia.

Mijały godziny.

Ogromne skurcze przy których powinnam już rodzić, rozwarcie nie ruszało.

Chyba koło 18:00 poprosiłam o cokolwiek na uśmierzenie bólu, prysznic, wannę, cokolwiek. Przyniosła mi kroplówkę z opioidem. Było mi już wszystko jedno. Pomogło na tyle stępić ból między skurczami (co 2 minuty), że mogłam porozmawiać z mężem o tym co dalej. Położna powiedziała, że być może postęp jakiś będzie, ale to jeszcze bardzo długo potrwa. Maleńka była źle ustawiona, nie potrafiła odpowiednio ustawić główki do wyjścia :( Starsza położna z rannej zmiany wiele godzin wcześniej od razu stwierdziła, że na jej oko nic z tego nie będzie.

Nie spałam już 37 godzin.

Nie jadłam 24 (nie byłam w stanie).

Po 16 godzinach regularnych skurczy.

Wykończona.

Urodziłam przez cesarskie cięcie.

:)

  • Napisane 4 kwietnia 2017 o 16:26

28 marca przyszła na świat maleńka.

Piękna.

Zdrowa.

Moja

:)

Przedszkole

  • Napisane 11 marca 2017 o 16:13

Wczoraj mała dostała list. Tak, mała, na kopercie było jej imię, nikogo innego ;D Z przedszkola, z obrazkami. Przyszła decyzja o przyjęciu!!! Do tego integracyjnego koło nas, tak jak chciałam :) Tak bardzo się cieszę!

Zaczął się 38 tydzień i już robi się ciężko. Muszę porozmawiać z maleńką o jej eksmisji, chyba już czas by zmieniła lokum na bardziej wygodne, bo już ledwo wsiadam do auta (jest dosyć niskie i trzeba się nieźle zgiąć w pasie). Spać też już niewygodnie i mi i jej, biedna po mojej przewrotce na bok jeszcze długo się układa, zanim zaśnie. Nie mogę się jej doczekać, by ją utulić, poczuć, zobaczyć jak wygląda… Czy będzie podobna do starszej siostry? Czy będzie zdrowa? Już niedługo się okaże :)

Wczoraj miałam ostatnią wizytę u diabetologa, cukry super unormowane dietą, więc kolejna wizyta dopiero za pół roku. Kilka dni po porodzie mam sobie zmierzyć poziom glukozy, norma na czczo do 110, 2 godziny po posiłku do 140. Oby sobie cukrzyca poszła.

Dzisiaj dużo chodziliśmy po mieście, po rynku Wysiadam przy takim wysiłku, ale było super, tak wiosennie :) Kupiłam maleńkiej butelkę w razie czego. 

Teraz mam małą i będzie do tego maleńka. Mała tak naprawdę jest już bardzo duża. Mimo zbliżających się trzecich urodzin wygląda jak pięciolatka. No cóż, bywa ;)

Będę miała dwie istoty do kochania. Już mam.

I trzecią kudłatą.

I męża, który po raz kolejny przy ciąży spisuje się na medal i wspiera mnie ze wszystkich sił.

Czasami myślę, że naprawdę mam szczęście w życiu :)

37 tydzień ciąży

  • Napisane 6 marca 2017 o 16:33

To już końcówka, zbliża się meta. Zbliża się nieubłaganie i nie wiem czy bardziej się cieszę czy… no właśnie co, boję? Nie nazwę tego strachem, ale jest niepokój. Jak to będzie, czy dam radę. Czy i tak na końcu nie skończy się cc i mimo męczarni nie będę cierpieć przez kolejnych kilka miesięcy. 

Cholera chyba się boję.

Przedwczoraj byliśmy oglądać porodówkę w moim mieście. Niewiele się dowiedziałam, bo niewiele słyszałam przez moją starszą córkę, która ciągle miała mi coś do powiedzenia, do skakania, czy prób ucieczki od nudy. Wiem tyle, że zapewniają komfortowe warunki, zgadzają się praktycznie na wszystko czego sobie rodząca życzy. Są dwie sale do porodów w wodzie, można z wanny korzystać razem z partnerem. Oczywiście przy porodzie w wodzie niemożliwe jest znieczulenie ale to logiczne. Można przez wszystkie trzy porodu robić co intuicyja podpowiada, rodzić w każdej pozycji, także przy parciu. Na łóżku, na stojąco, na hokerze porodowym, na klęczkach itp. Ciekawe jak to wygląda w praktyce, bo żeby zachęcić zawsze wszystko się upiększa ;) 

Akurat jedna kobieta z mężem przechodziła do innej sali. Ledwo żywa. Z takim bólem na twarzy, że aż ciarki przechodzą. Rodziła.

Nie wiem czy słusznie się na to decyduję. Ale grzecznie piję herbatę z malin z nadzieją, że pomoże jak indiański taniec na opady deszczu ;)

Wychodząc ze szpitala trafiliśmy na koncert fortepianowy w holu, usiedliśmy, bo akurat zaczął grać utwór mojego kochanego Yanna Tiersena. Aż mi łezka poleciała, może to był dobry znak… Tato wziął małą do pierwszego rzędu, była zachwycona.

Nie wiem czy to przez hormony, ale jakaś miękka się robię. Niektóre myśli wywołują u mnie łzy. Nigdy nie miałam czegoś takiego, nawet w pierwszej ciąży. Z reguły jestem twardą babką,  a teraz szkoda gadać.

Od dzisiaj nie wezmę więcej globulek z Progestanem. Już nie muszę, maleńka może się rodzić.

Miałam też dzisiaj wizytę u gienia, teraz mam co tydzień. Wszystko gotowe do porodu, mała ustawiła się główką w dół, brzuszek już opadł. Na ktg wpadł tato z małą, a mała mówi: O, dzidzia puk puk w brzuch nogą ;D

Aaa no bo tak, od wczoraj zaczęła mówić zdaniami :D Zaczęła!!! Nagle!!!
Oczywiście po swojemu, po chińsk-japońsku, ale da się ją zrozumieć, szczególnie teraz :) Jestem taka szczęśliwa i dumna. Obudziła się rano i rozmawiałyśmy sobie chwilę w sypialni, a ta mi nagle zaczęła kilkuwyrazowe zdania składać, nie mogłam uwierzyć :)

Od przedwczoraj wieczora mam mocne skurcze przepowiadające. Tzn wydaje mi się, że sa mocne, bo podobno mogą być też bezbolesne. Te bolą podobnie do miesiączkowych, plus ból krzyża i kłucie w podwoziu. Super mieszanka, ale nie jest źle ;D Niech sobie macica trenuje.

Ze strachu, że to już blisko, kończę to co zaczęłam, czyli pranie ostatnich małych rzeczy typu śpiworki, kocyki itp. Muszę wygotować smoczki, laktator, żeby mieć spokojniejszą głowę. No i czas doprowadzić do perfekcji pokój zabaw małej, w którym zamierzam spać z maleństwem po powrocie do domu. Zobaczymy jak to wyjdzie z tym naszym spaniem.

Nikt nie przyjedzie nam pomóc, bo mój tato dostał nową pracę, mama chora, du teściowej przyjeżdżają goście. Całe szczęście na czas porodu mogę liczyć na siostrę, nie wiem co bym bez niej zrobiła :(

Byłyśmy dzisiaj na grupie i dziewczyny były zdziwione, że jeszcze przyszłam. A ja naprawdę super się czuję. Nie chcę odbierać małej tych zajęć, bo wiem, że dużo jej dają i je po prostu lubi :)

Dziwnie się czuję wiedząc, że to może nastąpić nawet już zaraz. Poród, noworodek, ten zachwyt, ta miłość.

Ja – niepłodna.

Czekam na drugie dziecko.

Jeszcze kilka lat temu nie wierzyłam, że marzenia się spełniają.

Spełniają się.

33 tydzień

  • Napisane 7 lutego 2017 o 13:15

To już 33 tydzień ciąży.  Bardzo szybko leci i jakoś tak bezproblemowo,  tak zwyczajnie, tak dziwnie! Czuję się świetnie,  jedynie wiercąca się w brzuchu córka czasami tak się wypina,  że aż boli.  Bardzo mnie to cieszy Mała siłaczka. Mam cukrzycę ciążową,  od 28 tc jestem pod opieką diabetologa.  I do tej pory nie muszę brać insuliny! Wszystko ładnie się trzyma na samej diecie, jestem w szoku. Od 2 tygodni cukry mam coraz niższe,  mogę pozwalać sobie na normalniejsze jedzenie. To też jest dziwne Jem sporo kiszonek,  w nocy koło trzeciej obowiązkowo kilka łyżeczek białego sera.  Bardzo dużo surowych warzyw,  sporo…

33 tydzień

  • Napisane 7 lutego 2017 o 13:14

To już 33 tydzień ciąży.  Bardzo szybko leci i jakoś tak bezproblemowo,  tak zwyczajnie, tak dziwnie! Czuję się świetnie,  jedynie wiercąca się w brzuchu córka czasami tak się wypina,  że aż boli.  Bardzo mnie to cieszy Mała siłaczka. Mam cukrzycę ciążową,  od 28 tc jestem pod opieką diabetologa.  I do tej pory nie muszę brać insuliny! Wszystko ładnie się trzyma na samej diecie, jestem w szoku. Od 2 tygodni cukry mam coraz niższe,  mogę pozwalać sobie na normalniejsze jedzenie. To też jest dziwne Jem sporo kiszonek,  w nocy koło trzeciej obowiązkowo kilka łyżeczek białego sera.  Bardzo dużo surowych warzyw,  sporo…

Trzymajcie kciuki

  • Napisane 23 stycznia 2017 o 16:02

Chyba znalazłam. 

Wczoraj byliśmy na dniach otwartych przedszkola,  które mam 5 minut drogi od domu (i to na malutkich nóżkach).  przedszkole bardzo konkretne,  normalne,  ładne.  I mają dzieci integracyjne! Jest dziewczynka z mukowiscydozą,  chłopiec, który ma coś konkretnego z nogą,  nie bardzo zrozumiałam co.  Dziecko z lekkim upośledzeniem umysłowym i jeszcze kilka z innymi zaburzeniami.  Z luźnej rozmowy przy kawie i ciastku, dowiedziałam od pani opiekunki, że miewają różne dzieci integracyjne,  także np z zespołem downa czy innymi chorobami i nic nie jest im straszne.  Biorą jedno -  dwoje dzieci na grupę dzieci zdrowych i to super się sprawdza.  Po fakcie dowiedziałam się, że ta miła i wyluzowana pani opiekunka jest w rzeczywistości panią dyrektor ;D Dobrze  że nie wiedziałam i rozmawiałam całkowicie bez stresu hehe.  Obserwowała małą i powiedziała, że nie widzi żadnego problemu, by jej nie wziąć.  W czwartek idę ją zapisać :D Oby tylko było miejsce, bo od września zwalnia się tylko jedno jedyne dla dziecka integracyjnego, ale dyrektorka jest dobrej myśli.  Zresztą jak tylko tam weszłam i powiedziałam ile mała ma lat przy swoim wzroście, to od razu wiedziała o kogo chodzi,  nawet imię zapamiętała i się ucieszyła, że przyszliśmy ;D Przedszkole ma wielki przewijak ze schodkami,  w razie gdyby nie udało jej się odpieluchować (musi się udać!).  Mają też szufladki z milionem ubranek na zmianę,  gdyby któremuś dziecku zdarzyła się mokra niespodzianka ;D Jest ładny duży pokój do ergoterapii,  mała może tam zabierać na zajęcia koleżankę lub większą ilość kolegów jeśli ma ochotę.  Super pomysł,  bardzo mi się spodobało takie podejście.  Jest pokój do leżakowania,  jak dziecko nie ma ochoty,  to może iść się bawić do sali.  Jest standardowo kilka zwykłych sal zabaw z różnymi cudami i co mnie zaskoczyło,  pokój muzyczny,  w którym często opowiadają sobie historie biblijne typu arka Noego ;)  Osobiście jest mi to obojętne i nie mam nic przeciwko takim zajęciom,  jeśli mają je w programie.  Plac zabaw jest niewielki,  ale całkiem normalny,  dzieci mają gdzie się wyszaleć. 

To tyle z moich obserwacji,  jestem pełna nadziei, że wszystko się ułoży po mojej myśli. 

Dzisiaj znowu byłam na cotygodniowych zajęciach i opiekunka małej kolejny raz truła mi,  że przedszkole specjalne będzie dla niej lepsze,  ciśnie mnie i daje mi ulotki.  Boję się, żeby mi pipa nie zaszkodziła,  bo ją zamorduję.  Uważa małą chyba za upośledzoną,  ale to tak jest przy tej chorobie :( Jest bardzo duża,  słabo mówi,  prawie nie rozumie po niemiecku więc nie wykonuje jej poleceń i ma hipotonię,  co wiąże się też ze słabszą mimiką twarzy :( Ale w główce jest wszystko dobrze,  co potwierdzają liczne,  regularne badania w ośrodku.  Chciałabym, żeby ta kobieta się od nas odczepiła.  Jak to się w końcu stanie i zakończymy współpracę z radości chyba wypiję butelkę wina i zjem całego torta tańcząc jednocześnie.

Dodam, że ten ośrodek od badań poleca nam właśnie zwykłe przedszkole integracyjne i kontakt ze zdrowymi dziećmi z naszej okolicy i w razie czego u nich będę szukać ratunku. 

31 tydzień

  • Napisane 19 stycznia 2017 o 18:01

Jutro zaczynam 31 tydzień. Wszystko idzie gładko.  Robiłam test obciążenia glukozą i niestety znowu mam cukrzycę ciążową.  Tym razem jednak nie panikuję,  znam wszystkie szczegóły…  Na razie jest łatwo.  Bo dietę trzymam od początku ciąży.  Być może dzięki temu do tej pory nie biorę insuliny,  jedynie mierzę cukier.  I to nie
codziennie,  a co drugi dzień.  Nie chodzę do tej lekarki co ostatnio,  zmieniłam diabetologa i to chyba jest strzał w dziesiątkę.  Jest serdeczna pielęgniarka diabetologiczna,  która bardzo mnie wspiera,  wszystko wyjaśnia,  podsuwa rozwiązania.  Lekarzem jest Polka,  trochę oschła i taka jak typowy polski lekarz ;)  Ale zostaję u niej do końca,  bo nie wylicza mi pasków do mierzenia i bez problemu daje recepty.  Kazała mi jeść dużo kiszonej kapusty i ogórków jak jestem głodna,  szczególnie na noc.  Jednak co Polka to Polka ;D Bardzo mnie to rozbawiło,  ale póki co działa i cukry trzymają się w granicach normy. 

W 28 +0 tygodniu miałam ostatnie usg,  tak  z założenia, bo myślałam, że to będzie ktg.  Mąż z małą czekał w gabinecie i mówi, że nie wchodzi do zabiegowego z małą, bo i tak nie ma po co.  A gin na to, że dzisiaj jest,  bo będzie usg :D Miła niespodzianka.  Maleństwo miało 1,25 kg wagi i jest już ułożona główką do wyjścia!  Rozważam poród sn.  Boże co ja piszę i o czym myślę…  Nie wiem jak to będzie,  nie wiem czy dam radę.  Ale tak myślę,  że jak po cc dałam radę od razu chodzić i po 2 dobach przestałam brać tabletki przeciwbólowe (ibuprom),  to może z porodem też sobie poradzę?  nie wiem.  Trochę wątpię,  bo wiem, że moc bólu na pewno mnie zaskoczy i zwali z nóg.  Chciałabym jednak spróbować,  by móc szybciej dojść do siebie,  móc szybciej dźwigać lub choćby pchać wózek.  Może uniknę ogromnego bólu kręgosłupa przez pół roku? Może dziecko będzie się lepiej rozwijać? Eeh nie wiem,  ale jak się uda,  to chyba poczekam do skurczów i najwyżej będę błagać o cc ;D Dlatego też tak bardzo chcę uniknąć insuliny, by móc rodzić w moim mieście,  a nie znowu w tym oddalonym o godzinę drogi :/

Dzisiaj trochę sobie popłakałam.  Bo znowu uświadamiają mi,  że moja starsza córka jest inna. 

Byliśmy oglądać przedszkole specjalne dla dzieci z problemami z mową i zachowaniem,  socjalizacją itp.  Bardzo blisko domu, w środku bardzo fajne (ładne to za dużo powiedziane,  ale niczego w nim nie brakuje).  Mała od razu dołączyła do dzieci,  które miały jakieś zajęcia w kółku i została z nimi sama na około godzinę.  Bez oglądania się za mamą.  My w tym czasie poszliśmy na górę rozmawiać z panią dyrektor.  Pokazała nam całe przedszkole,  była bardzo miła,  jednak po dokładnym zapoznaniu się z dokumentacją małej coś się zmieniło.  Zaczęła nam dawać adresy innych przedszkoli,  mówić, że nie wie czy oni są w stanie zapewnić odpowiednią opiekę, że musi jeszcze pomyśleć itp.  Odechciało mi się.  odechciało mi się wszystkiego.  Problemem jest jej niepełnosprawność,  czyli obniżone napięcie mięśniowe,  a co się z tym wiąże – problemy z równowagą i mniej pewny chód.  Mała ładnie chodzi,  rzadko upada,  potrzebuje jednak ręki dla pewności, by zejść ze schodów.  Lub po prostu asekuracji w razie gdyby jej się noga podwinęła i miała wywinąć na tych schodach orła.  Babka uznała,  że mała może wymagać zbyt dużo uwagi,  a oni mają mało personelu (1 pani na 10 – 14 dzieci).  To fajne przedszkole specjalne…   Nawet kurwa tam nas nie chcą,  chociaż mała nie jest upośledzona. 

W niedzielę idę oglądać przedszkole integracyjne, które jest najbliżej mnie i zobaczymy.  Zobaczymy czy zechcą małą,  czy ich chwalenie się przyjmowaniem dzieci z niepełnosprawnością to też kit.  Bo taki ładny wózek inwalidzki mają w logo…  A mała nie wymaga tyle uwagi i pomocy,  co przedszkolak z wózkiem.  Już się nie napalam. 

Jak tam jej nie wezmą, to zrobię ten krok.  Zrobię,  nie wiem jak,  będę wyć i płakać,  ale dam ją do przedszkola specjalnego z dojazdem,  które już oglądałam.  Personel profesjonalny i bardzo serdeczny dla dzieci,  nastawiony na pracę z dziećmi i naukę wszystkiego od podstaw.  Nawet pampersy przybierają jak trzeba i uczą powoli nocnika.  Uczą mówić,  uczą niemieckiego.  Uczą liczyć,  kroić,  gotować,  malować.  Dają wszystko to,  co daje zwykłe przedszkole razy 10, bo bardzo skupiają się na każdym dziecku.  Do tego w ramach przedszkola jest ergo,  logo i fizjoterapia.  Dlaczego więc tak się bronię?

Dlaczego to jest tak ciężkie?

Bo to pogodzenie się z losem.  Przyznanie, że nie da się inaczej.  Pogodzenia się z tym,  że będzie jedną z dzieci chorych,  między koleżankami z zespołem downa,  lub z innymi lżejszymi dysfunkcjami.

Zawsze chciałam, by moje dziecko chodziło do przedszkola integracyjnego i miało niepełnosprawnych kolegów, by uczyło się tolerancji i niesienia pomocy oraz tego,  że niepełnosprawność jest normalna.  Nigdy jednak nie pomyślałam, że będziemy z tej drugiej strony.  Jeszcze kilka miesięcy temu wierzyłam, że będzie normalnie.  Bo w Polsce,  a przynajmniej w moim rodzinnym mieście bez problemu przyjęły by ją zwykłe przedszkola lub jedno integracyjne.  Tutaj nie wiem na czym ta integracja ma polegać, skoro chore dzieci są tylko z chorymi w osobnych szkołach i przedszkolach.  I dlatego wyję.  Bo nie tak mnie uczyli. Uczyli,  że inny,  nie oznacza gorszy,  nie zamyka i nie izoluje ich się w obecnych czasach.  Nie segreguje na starcie tylko dlatego,  że dwu i pół latek jeszcze nie mówi pełnymi zdaniami.  Tu ta segregacja następuje od razu.  I to mnie przeraża,  bo rozwój każdego zdrowego dziecka jest inny.  Ja sama zaczęłam późno mówić i długo mówiłam w swoim języku. Mimo pięknych opinii z ośrodka, dobrych testów na inteligencję itp i tak odrzucają nas na starcie,  bo mała jest trochę inna.  Ciśnie mi się na usta tylko jedno,  ale tego nie napiszę,  by nie wylewać złości w przekleństwach. 

Będzie co ma być.

A jak będzie bardzo źle, to wrócimy do Polski.

Szkoda tylko, że nie mamy do czego  wracać :(