Przeglądasz archiwum Listopad, 2015 .
Wyświetlam 1 - 4 z 4 notek

Coraz bliżej…

  • Napisane 28 listopada 2015 o 22:33

Coraz bliżej Święta…

W poniedziałek szliśmy do auta,  żeby pojechać do okulisty,  zaczepiła nas sąsiadka.  Starsza pani z domu obok.  Wracała z rynku,  myślała że już jest świąteczny kiermasz z dziesiątkami budek z grzanym winem i przeróżnymi straganami. Była smutna, że jeszcze nie ma.  Pochwaliła malutką jak ładnie rośnie (o ironio!) i zaczęła grzebać w torbie na zakupy.  Podarowała jej świeżo kupionego grającego mikołaja… 
I tak naszła mnie refleksja nad istotą samotności. 

Starsza pani mieszka sama,  ma rodzinę, jednak bardzo rzadko ją odwiedzają.  Pewnie mieszkają gdzieś daleko.  Mikołaja musiała kupić dla dziecka w rodzinie,  może wnuczka?  I zamiast się po prostu cieszyć, czuję się tak…  Smutno.  Bo wiedziała,  że zdąży kupić jeszcze jednego… 

Chciałabym dać mojej córce możliwość częstych spotkań z babciami i dziadkiem.  Chciałabym dać babciom i dziadkowi możliwość częstych spotkań z ich wnuczką. 

Zastanawiam się nad powrotem do Ojczyzny. 

Wspomnienie Chrztu Świętego.

  • Napisane 26 listopada 2015 o 22:32

Dwa miesiące temu, 26 września malutka została ochrzczona.

Ten dzień był dla mnie wyjątkowy, sama nie wiem dlaczego stało się to dla mnie ważnym duchowym przeżyciem.

Uważamy się za agnostyków. Chyba.  Już sama nie wiem kim jesteśmy. Decyzję o ponownym wstąpieniu do Kościoła Katolickiego podjęliśmy po ponad rocznych rozmowach,  szukaniu za i przeciw.  Było to bardzo przemyślane,  kosztowało nas sporo pracy z załatwianiu dokumentów z Polski,  biegania tu po urzędach i parafii.  Śmieszne prawda? Teraz ludzie wypisują się z KK,  a my,  właściwie minimalnie wierzący (jest coś takiego?) w pełni świadomi wstąpiliśmy ponownie do Kościoła. I teraz uważam,  że naprawdę dobrze zrobiliśmy.  Od pokoleń wiara katolicka nie wyrządziła nikomu krzywdy (pomińmy wcześniejszą chrystianizację Europy…).  I teraz w czasie zagrożenia islamem stało się to dla mnie oczywiste.  Jestem  Katolikiem,  kiepskim,  ale jestem.  I będę.  I chcę wychowywać córkę w tej wierze,  tłumacząc jej jednak pewne aspekty w ten sposób, który mi wydaje się odpowiedni.  Chcę wpoić w nią dobro i miłość.  Wiem, że da się bez wiary.  Ale chciałabym, by kiedyś czuła (być może kiedy nas zabraknie),  że dla kogoś jest ważna,  że ktoś ją kocha (Bóg?),  że jest szansa na życie pozagrobowe (ja akurat wierzę w reinkarnację lub nicość,  ale kto wie jak to jest?).  Że może zawsze poprowadzić monolog w czasie modlitwy,  może jej to kiedyś pomoże?  I zawsze może powiedzieć, że do kościoła chodzić nie chce.  Nie będę zmuszać.  Nie chce do Komunii -  nie pójdzie.  Jeśli będzie chciała z jakiegoś powodu się wypisać,  pomogę jej w tym.  Nic na siłę.

Tak czy inaczej jestem bardzo szczęśliwa, że stało się jak się stało.

**************

Tato z babcią ozdabiali biały tort z cukierni i ozdabiali jadalnię.

Później babcia (moja mama)  pomagała mi ubrać małą dziewczynkę.  Było przy tym dużo radości,  bo mała uciekała,  cieszyła się,  podziwiała „sukienkę księżniczki”. Ciężko było założyć białe body,  rajtuzki,  na to ozdobne skarpetki, sukienkę,  bolerko,  sandałki i kapelusz. Ale udało się i wkrótce mała siedziała zapakowana w przystrojonym wózku (matka zaszalała,  ale tak skromnie).  Chrzestnych jeszcze nie było,  zestresowani pobiegliśmy sami piechotą do Kościoła ( kilka minut drogi).  Na rynku akurat odbywało się święto muzyki,  ludzi było tyle, ze ciężko było przejść ;).  Nagle usłyszałam bicie dzwonów.  To dla nas biły!!! Wzruszona omijałam ludzi,  którzy patrzyli na małą całą w bieli i uśmiechali się do niej.  Pod kościołem stała scena (z tego powodu proboszcz pytał, czy na pewno nie będzie nam to przeszkadzać, bo zwykle wtedy nie chrzczą).  Przeparadowaliśmy odświętnie ubrani między sceną a ludźmi ;).

Proboszcz wyszedł przed kościół nam na powitanie.  Chrzestnych dalej nie było.  Nerwy sięgały zenitu.  Ksiądz wyjaśnił nam jak to będzie wyglądało,  że musimy zapukać do bram kościoła i poprosić o Chrzest :D (dwa dni wcześniej omawialiśmy to na parafii). Poszedł się przebrać w szaty,  moja mama i mąż wybiegli przed Kościół szukać chrzestnych…   Nagle są! Weszli bocznym wyjściem,  zdążyli w ostatniej chwili.  Przyszedł ksiądz, wręczył nam zeszyty z przebiegiem ceremonii i pieśniami i podeszliśmy do drzwi… 

Poprosiliśmy o Chrzest naszej córki i przeszliśmy na Ołtarz.  Było nas mało,  tylko 5 dorosłych (My,  Chrzestni i Babcia),  oraz 2 dzieci chrzestnych, dlatego wszystko mogło odbyć się na Ołtarzu w bardzo rodzinnej atmosferze.  Wszystko bardzo pięknie przebiegało,  w międzyczasie przygrywała i śpiewała nam pani na gitarze.  Mała została namaszczona,  pobłogosławiona przez nas wszystkich (nawet przez 9 letniego kuzyna),  później ksiądz błogosławił nas kładąc każdemu ręce na głowę (babcia też się złapała, nikogo nie pominął,  chociaż standardowo błogosławi tylko rodziców i Chrzestnych.  Malutka mnie wzruszyła i roześmieszyła, bo gdy ksiądz położył mi ręce nad głowę, mała zaczęła mi masować włosy.  Piękną fryzurę mi zrobiła ;)  Podczas polewania głowy wodą śwęconą zaglądała jak woda leci.  Ksiądz poświęcił naszą polską szatkę (w Niemczech nakłada się taką bardzo długą, każdy kościół ma swoją).  Później tata odpalił świecę (nie chrzestny).  Naprawdę uroczystość była bardzo udana,  na koniec była sesja zdjęciowa na ołtarzu,  proboszcz zrobił nam  zdjęcie grupowe :)

Po ceremonii musieliśmy się przedrzeć przez rozbawiony rynek do restauracji,  ludzie zaczepiali małą i pytali co to za okazja,  czy to ślub…  Obiad minął w miłej atmosferze,  malutka zjadła kilka frytek od dzieci i obiad ode mnie i nie wiem jak to możliwe,  ale nie poplamiła sukienki! Kawę i tort podaliśmy w domu,  niestety ozdoby trochę spłynęły,  dobrze że byli obecni tylko sami swoi ;)    Dzieci pięknie się bawiły,  mała latała w stroju wróżki ze skrzydłami i różdżką… 

Pozostały wspaniałe wspomnienia.

Koniec kp

  • Napisane 20 listopada 2015 o 11:18

24 października w sobotę obudziłam się wymęczona i zła. Mała budziła się na pierś chyba z 6 razy.  Dostała jeszcze raz rano.  Miałam dość. Postanowiłam, że więcej jej nie dam, nie wytrzymam dłużej.

Cały dzień nie dostała i myślałam,  że wieczorem się złamię i jej dam,  ale nie było takiej potrzeby :)  Sama zasnęła pijąc butlę. W nocy budziła się kilka razy i szukała piersi i płakała po około 2 minuty.  Przytulałam ją i zasypiała.  Rano wywabiłam ją z łóżka zanim pomyślała o mleku i szybko dostała śniadanko. Udało się! Cały dzień się nie dopominała,  wieczorem zasnęła przy butelce.  Kolejna noc była podobna, ale budziła się już może z 4 razy.  Rano znowu szybkie wstanie z łóżka i śniadanko.  I tak skończyło się moje karmienie…  Trzecią noc spała spokojnie.  Zaskakująco spokojnie! Przespała ciągiem całą noc,  nie mogłam w to uwierzyć :)  W końcu odzyskałyśmy spokój… 

I tak oto po 18,5 miesiącach zakończyłam karmienie piersią.

Czy mi nie szkoda? Trochę na pewno.  Minął już miesiąc odkąd nie karmię i ciągle pamiętam to uczucie.  Chcę je w sobie pielęgnować,  ocalić od zapomnienia.  Boję się, że zapomnę. Prawdopodobnie karmiłabym dalej gdyby nie rozmiary i siła małej.  Ma wzrost 2,5  latka,  wagę trzylatka, a siłę chyba pięcio ;) Było już naprawdę trudno,  bardzo mocno ssała,  w nocy gryzła i czasami podczas karmienia bywałam wręcz wściekła,  odłączałam małą, żeby chociaż na moment puściła pierś,  a potem znowu…  Stwierdziłam, że to zaburza relacje między nami, te dobre relacje.  Bo karmienie powinno być przyjemnością,  a przynajmniej satysfakcją,  a u mnie stało się źródłem frustracji. 

Teraz obie jesteśmy zadowolone i równowaga została przywrócona :)

Pomiary

  • Napisane 4 listopada 2015 o 14:21

Mała ma 18,5 miesiąca. – wzrost 90 cm – waga 15,8 kg – obwód główki 49 cm – rozmiar buta 24 (kupuję 25) – rozmiar pieluch 5 – ubrania 98 (niektóre 92, kupuję 104) – zębów 18 (brakuje górnych piątek) Nowe słówka: – noga – dzieci – dzieti – buty – auto – tu – tutaj – tuta – tam – tu daj – dobrze – dobde – no (potwierdzenie) – nóż (ma zabawkowy) nas – okno – yyno – zegar tak tak-  ti ta – dziękuję – dabdabte Nadal chodzi trochę chwiejnie, na ulicy musi chodzić za rączkę, bo…