Przeglądasz archiwum Lipiec, 2016 .
Wyświetlam 1 - 10 z 10 notek

Nieśmiała radość.

  • Napisane 31 lipca 2016 o 15:04

Sobota. Dzwoni. Wyników brak.   No kurrr.   Nie wierzy, jedzie motorem do przychodni. Bo może gdzieś są. Nie wpisane, odłożone na bok. Nie ma.   Pewnie było dużo badań, czasami tak bywa, choć rzadko. Kurrrr. Będą w poniedziałek. Plus jest taki, że gdyby coś się działo, mam przyjść kiedy chcę. Moja doktor kończy urlop Wizyta w następny poniedziałek, za tydzień. Może już będzie serduszko, bo… dzisiaj kreska wyszła od razu wielka, gruba, ciemniejsza od tej kontrolnej Test zrobiony w środku dnia. Jest nadzieja, ogromna nadzieja!   I mimo strachu, nieśmiała radość.

Cierpliwość uszlachetnia? 17 dpt

  • Napisane 28 lipca 2016 o 20:24

Wyników nadal brak. Moja krew prawdopodobnie się zagubiła lub utknęła gdzieś w drodze, nie wiadomo gdzie. Wyników nadal nie ma i nie wiadomo czy kiedykolwiek będą. To podobno w klinice jeszcze się nie zdarzyło. Pojechałam dzisiaj do mojej ginekolog po ratunek. Niestety i ona nie może pomóc, bo jest na urlopie ;). Oddałam jeszcze raz krew na betę (17 dpt), zrobię w ich laboratorium. A że czasy oczekiwania na wynik mają długie, bo to tylko praktyka lekarska, to wynik będzie może, „może” w sobotę. Już nie czekam jak szalona, trochę zrezygnowałam i odpuściłam. Nie mam na to wpływu. Okresu nadal…

Brak

  • Napisane 26 lipca 2016 o 17:32

Wyników brak. Przesyłka nie doszła na czas. Klinika już zamknięta.

Popłakałam się.

Może będą jutro.

Na nic nocny ból głowy, problemy ze snem i trzęsące się ręce. Muszą się trząść do jutra.

Przynajmniej okres nie przyszedł.

Mdli mnie.

Byle do jutra

  • Napisane 25 lipca 2016 o 15:59

Próbka krwi wysłana. Wynik jutro.

Jak poczta nie zawali i dojdzie.

Rano zadzwonił rehabilitant, że ma dzisiaj wcześniej wolne. Zebrałam się więc od razu i razem z małą w wózku pobiegłam pobrać krew na betę. Dziewczyna pobrała mi próbkę (nie musiałam czekać ani minuty), opisała na moją prośbę i pobiegłam na pocztę wysłać. Tak jak mi kazała pani doktor. W ich żółtej gumowej kopercie. Powiedziała, że na następny dzień powinien już być wynik. Osobiście wysłałabym to superszybkim kurierem, owinięte w 20 metrów folii bąbelkowej, no ale zrobiłam tak, jak prosiła…

Teraz czekam na wynik do jutra. Nie wiem do której godziny. Próbuję się nie denerwować i nie martwić, ale wiadomo jak to jest :(
Dzisiejszy test sikany też wyszedł pozytywny. Muszę wierzyć, że się udało, że będzie dobrze. Ale jestem realistką i już nie raz dostałam od życia po tyłku.

Niech będzie wysoka beta. Proszę…

11 dpt

  • Napisane 22 lipca 2016 o 13:59

Są obie, bez wątpienia Niech będzie wysoka beta. Niech będzie serduszko. Błagam. Lub nawet dwa.

9 dpt

  • Napisane 20 lipca 2016 o 18:04

    Dzisiaj ciemniejsza.  Beta w poniedziałek.

8 dpt

  • Napisane 19 lipca 2016 o 11:47

    Blada druga,  ale jest. 

Transfer

  • Napisane 18 lipca 2016 o 16:27

Tym razem było inaczej.
Spokojnie.
Przyjemnie.

Porządnie się wyspałam, bo mieliśmy dopiero na 12:30. Spakowałam do dziecięcej torby mały kocyk mojej córki, koszulę,  ubrałam się w ubrania wyprane bezzapachowym mydłem.  Pojechaliśmy.  Przyszło nam długo czekać,  byli bardzo gorąco, aż się w głowie kręciło.  Mała bawiła się w poczekalni,  biegała,  uśmiechała się i machała do przyszłych mam i tatusiów.

12:30 nic
13:00 nic
a pęcherz ciągle pełny

W końcu przyszła młodziutka pani embriolog.  Zaprosiła do gabinetu.  Wszystkie 3 przeżyły mrożenie, ale jeden przestał się rozwijać.  2 są doskonałe, 8 komórkowe, czyli sytuacja idealna.  Ostateczna decyzja – podajemy oba.

Przeszliśmy na blok operacyjny.  Ucałowałam maleńką w główkę,  zdjęłam buty i weszłam do miejsca,  w którym wszystko się zaczyna.  Siedziałam długo, bo prawie pół godziny.  Sama na łóżku,  w koszulce. Mała dokazywała czekając z tatą za ścianą.  Słuchałam jej głosu i uśmiechałam się pod nosem. Zauważyłam,  że dorobili się poduszek i pościeli,  już niczego nie trzeba ze sobą brać na punkcję.  Na dwa łóżka za ścianką dołączyły kolejne dwie przyszłe mamy.

Wpadła zabiegana moja pani doktor.  Zapytała czy dam radę dojechać sama na betę.  Nie dam,  zbyt duże ryzyko.  Ustaliłyśmy,  że dadzą mi fiolkę na krew i specjalną opertę,  zrobię pobranie u siebie i wyślę im pocztą.  Podpisanie dokumentów.

Reszta standardowo,  choć chyba jakoś krócej niż ostatnio? Hop na fotel,  usg,  odkażanie,  wziernik,  cewnik,  pani embriolog gotowa biegnie z moimi zarodkami.  Chwila moment,  czuć  kiedy,  dziwne uczucie.  I już są  :)  Zdjęcie usg dla mnie.  Wołanie z pokoju embiologa, że cewnik czysty,  zarodków  w środku brak (no jasne, już są w moim brzuchu!) i podjeżdża kozetka.

Tym razem padło pytanie:
- To jak,  na brzuch, czy na plecy?
- Na brzuch, jak ostatnim razem.

Matczyny uśmiech pani doktor i już leżę na brzuchu.  Jadę na swoje łóżko odleżeć 10 minut.,  ściskając w ręce zdjęcie z usg.  Pani doktor przynosi mi kopertę z fiolką,  zleca wydanie recepty na progesteron, bo zabraknie.  Leżę.  Myślę.  A progynova? Też mi zabraknie! Pani doktor już wiezie drugą mamę do odleżenia swoich 10 minut i chce wychodzić.  Wołam ile mogę, żeby tylko mnie usłyszała.  Podbiega,  zleca wydanie drugiej recepty.  Ściska mi rękę  i mnie na pożegnanie:

-Toi,  toi, toi -  i obracając się w drzwiach pokazuje zaciśnięte kciuki.

Cały czas w biegu,  a nadal taka ciepła i życzliwa,  aż się łezka w oku kręci :)

Ubrałam się, wzięłam torebkę i wyszłam do mojej kochanej rodziny.  Było mi tak miło, że są razem ze mną.  Wyszliśmy jacyś tacy inni.  Dumni,  weseli.  Szczęśliwi.

Bez względu na wynik, zrobiliśmy co należało.  Zabraliśmy wszystkie nasze mrozaczki,  już nie musimy się o nic martwić. Będzie co ma być.

Zaparkowaliśmy w garażu pod stacją,  pojeździliśmy trochę windami.  W końcu po dojechaliśmy do domu i wkulałam się jakoś na 4 piętro.  Noby nie powinno się chodzić po schodach,  ale nie dało się inaczej. Jak trzeba, to trzeba.  W domu dałam jeszcze małej obiad i poszłam poleżeć.

Jestem szczęśliwa, że wszystko się udało.  Teraz tylko muszę czekać na to,  co los mi przyniesie.  Już na nic nie mam wpływu.

Może to i lepiej.

Mam je!

  • Napisane 12 lipca 2016 o 09:56

Mam je!

8A i 8B są już u mnie, tam gdzie powinny być :)

Usg i jedziemy z planem :)

  • Napisane 8 lipca 2016 o 14:06

Wczoraj pojechałam na usg sama.  Tzn.  z małą, ale bez męża ;)  Pociągiem.  W sumie 6 godzin w drodze,  5 km pieszo,  bo poprzestawiali przystanki.  Mała grzecznie siedziała w wózku.  Na stacji był już trochę problem, bo na peron przechodzi się tunelem.  Bez udogodnień dla niepełnosprawnych lub wózków.  Zeszłam najpierw z małą na dół,  kazałam trzymać się barierki i patrzeć na mamę ;)  i pognałam po wózek.  W drugą stronę podobnie, tylko w odwrotnej kolejności,  najpierw wózek na górę,  później bieg po małą.  Da się.  Na peronie mijały nas pociągi z dużą prędkością (towarowe lub ice) i mała ze strachu aż cała się trzęsła.  Byłam w szoku,  pierwszy raz widziałam by ktoś naprawdę trząsł się ze strachu.  Ale była dzielna,  nie płakała, bo wytłumaczyłam jej, że to taki sam pociąg jak w tv,  tylko z bliska jest bardzo głośny :D  Pociąg był niskopodłogowy,  więc z wejściem nie było problemu,  gorzej było z miejscem.  Stałyśmy ściśnięte przy drzwiach całą drogę, całe szczęście mała mogła siedzieć w wózku.  Na miejsce dojechałyśmy z wyprzedzeniem, więc weszłam do kliniki wcześniej.  Zdążyłam tylko zdjąć torebkę z wózka i już mnie zaproszono do gabinetu =)  Usg pokazało, że mam zrosty/blizny po cc w macicy i pani doktor wydrukowała sobie zdjęcie do transferu, żeby wiedzieć gdzie celować ;)  Dała mi też blaszkę Progynova 21, żebym nie musiała dokupywać,  bo akurat tyle mi zabraknie.  Dała receptę na globulki Progestan,  mam od dzisiaj brać 3×2. I na Dekristol,  bo mam niedobór wit D, jak zawsze.

I w poniedziałek o 12:30 transfer 2 zarodków :)

Później standardowo wycieczka do apteki, 60 euro nie moje, połowę z tego kosztowała witamina…

Czekając na pociąg wstąpiłam do galerii i znalazłam sklep ccc.  Z polskimi butami! Króluje tam marka Lasocki,  dla dzieci jest pełno butów z myszką miki od 11 do 20 euro.  Ceny boskie, tylko nie wiem jak jakość.

Droga powrotna była już na luzie, standardowa ilość ludzi, było gdzie usiąść w spokoju.  Mała zachwycona dała pani bilet do kontroli i nauczyła się nowego słowa – bijet, hehe.  Jakaś młodziutka dziewczyna poczęstowała ją żelkami i pomogła mi zejść z wózkiem. 

Jak doszłam do domu, to nakarmiłam małą,  zrobiłam jej mleko i padłam na twarz.  Spałyśmy 3 godziny ;)

Jestem nienormalna,  ale pojechałam w moich starych, szczęśliwych majtach ze świnką.  Bo ostatnio przyniosły mi szczęście. 

Na transfer też jadą ze mną.
;)