Przeglądasz archiwum Kwiecień, 2017 .
Wyświetlam 1 - 2 z 2 notek

Poród

  • Napisane 12 kwietnia 2017 o 15:13

26.04.17 Niedziela

Bardzo aktywny dzień. Pojechaliśmy na urodziny kuzyna, był torcik itd. Później poszliśmy na dłuuugi spacer, była piękna pogoda. Mała próbowała jeździć na hulajnodze, jednak ciężko było jej utrzymać równowagę. Za to skakała na trampolinie z ciocią, huśtała się z kuzynami i dziećmi, było wesoło. Jednak wykończył mnie ten dzień. Ledwo stałam na nogach i jak wróciliśmy do domu padłam na twarz.

27.04. Poniedziałek

Obudziłam się przed 6:00 zmęczona. I to bardzo. Powiedziałam mężowi, że nie jadę dzisiaj z małą na grupę, bo już nie mam siły. Musiałam odpocząć. Nie trwało to długo, bo przyjechała do mnie siostra z dziećmi i przywiozła mi kwiatki na balkon i sernik. Długo siedzieliśmy na balkonie, moje zmęczenie sięgało zenitu. Do wieczora zjadłam cały ten sernik… 8 dużych kawałków.

Poród

Położyłam małą spać i nie mogłam zasnąć. Nagle koło 23:00 zaczął mnie boleć brzuch jak na okres. Coraz mocniej. Nagle mokro. Lecę do wc. Wszystko leci za mną po nogach. Czerwono. Oj, jak czerwono i boli, to trzeba to sprawdzić… Poszłam do męża do stołowego i mu mówię, że wody mi odchodzą. A on do mnie: żartujesz! ;) Dosyć bolesne skurcze były co 5 minut. Poszłam pod prysznic, tam ból trochę zelżał, ale nadal było regularnie. Obudziłam córkę, biedna od razu wstała i mówiła, że jedzie do cioci spać. A mi się serce krajało. Ubrałam ją na piżamę, bo nie wiedziałam czy zaraz nie wrócimy do domu, jeśli wszystko będzie dobrze.

Podczas jazdy autem bolało tak, że prostowałam nogi, których nie dało się wyprostować przez siedzenia ;D

Było po północy, koło pierwszej.

Na porodówce położna podłączyła mnie do ktg. Sprawdziła wody, które okazały się nie być wodami. Test potwierdził, że to nie to,mimo że ilość była wielka i taka utrzymywała się do porodu. Podczas godziny zapisał się tylko jeden skurcz. Wszystko ucichło. Tylko mała chodziła dzielnie po gabinecie, piła wodę i mówiła, że dzidziuś puka.

Po godzinie wróciliśmy do domu, jakoś położyłam małą spać. Było już po drugiej. Była bardzo smutna, że nie pojechała do cioci…

Położyłam się spać, a raczej leżeć. Minęła ledwie chwilą. Nagle znowu ból. Ostry. Aż zerwało mnie na czworaki. Zaraz następny. I kolejny. Cholera boli. Zaczęłam liczyć, po szóstym co 5 minut wyszłam z sypialni, bo zaczęło się robić nieznośnie.

I tak z regularnymi skurczami co 5 minut chodziłam po ciemnym mieszkaniu, zatrzymując się przy parapecie w kuchni, szafce, balkonie w pokoju i przewijaku. Przy przewijaku było najlepiej, bo ma odpowiednią wysokość ;) Chodziłam, kręciłam, robiłam przysiady i różne cuda między bólami. Przemęczyłam się tak do 7:30, aż wstał mój mąż, nie chciałam ich budzić, szczególnie małej. Zdecydował, że dzwoni po ciocię. Przyjechała momentalnie, 140 na liczniku ;) Podczas skurczy nie potrafiłam już mówić, tylko czekałam byle przetrwać ból.

Na porodówkę zajechaliśmy o 09:00.

W poczekalni nie miałam się czego trzymać, krzesła za nisko. W końcu wiem co to znaczy „chodzić po ścianach”. Trzymałam się więc umywalki w toalecie, dobrze że była solidnie zamontowana.

Położyłam się na ktg. Dwa lekkie skurcze i… koniec. Koniec! Po moich pięciogodzinnych regularnych skurczach! Przyszedł student z jeszcze młodszą studentką. Zakładała mi swój pierwszy wenflon. Przyszła położna, powiedziałam jej, że skurcze zanikły. Ona zdziwiona, bo już mi wpis na oddział przygotowała. Powiedziałam jej, że nigdzie się stąd nie ruszam xD
Zgodziła się i powiedziała, żebym poszła pochodzić i jak do południa się nie zacznie, to wracam do domu. Weszłam do gabinetu na usg, a tam moi studenci. Okazali się być lekarzami xD Ten młodziutki lekarz szkolił stażystkę… Coraz młodszy ten personel hehe. Usg idealne, łożysko, przepływy też. Dobrze było widać małej uszy ;) Powiedział, że mała się wierci i próbuje się ustawiać.
Zaczęłam chodzić po schodach w górę i w dół. I po korytarzach. I znów schody i przysiady i tak w kółko.

Pomogło!

Jeden lekki, drugi, trzeci mnie poskładał. Przy kolejnych (znowu co 5 minut) musiałam trzymać się poręczy przy ścianach, żeby nie upaść. Zaczął się ból pleców. O jezu jaki chamski. Kilka osób zatrzymywało się, czy potrzebuję pomocy. Nie, ja tylko rodzę ;D Jedna kobieta przy ostatnim skurczu na korytarzu powiedziała do męża, że współczuje, bo sama rodziła 3 razy. Po tym nie wytrzymałam i wróciliśmy na porodówkę. Jak mnie położna zobaczyła (akurat na skurczu przy gołej ścianie) od razu założyła mi obrączkę na rękę i zaprowadziła do naszego pokoju ;) Kazała się położyć i podłączyła ktg.

No i się zaczęło ;)

Skurcze jak byk, rozwarcia brak. Po około godzinie mąż zapytał, czy może skoczyć po moją torbę. Pozwoliła nam iść razem (serio? ciekawe jak). To jakoś poszłam w nadziei, że to przyspieszy akcję. Stawałam co kawałek, gdzie tylko mogłam się czegoś chwycić. Na świeżym powietrzu było super, stałam pod drzewem, znakiem, autem itp. Udało się, wróciliśmy z parkingu do szpitala. Na dole mój zostawił mnie przy stoliku i poszedł sobie po bułkę, bo był głodny. Czekałam chyba całą wieczność, myślałam, że go zabiję. Już ledwo doszłam do porodówki.

Znowu ktg. Rozwarcie na 1 palec. Na leżąco ból pleców zamienił się w rąbanie siekierą. Skurcze co 4 minuty, rozwarcia brak. Nie będę się rozpisywać o szczegółach, ale bolało tak cholernie, że nie szło wytrzymać. Skupiałam się tylko na oddechu i na tym, że na pewno po tym skurczu odłączy mnie od tego ustrojstwa. Skurcze pisały się od 60 do około 80, kilka razy wskakiwało na 90‰, cokolwiek to znaczy. Odłączyli mnie, więc chodziłam, kręciłam się i wyliczałam drogę, żeby tylko zdążyć się złapać szafki lub poręczy łóżka. Niestety bóle krzyżowe zostały już do końca. Skurcze co 3 minuty, co 2.

Potężne.

Rozwarcie na 1, ewentualnie 1,5 palca.

Dalsza męczarnia.

Mijały godziny.

Ogromne skurcze przy których powinnam już rodzić, rozwarcie nie ruszało.

Chyba koło 18:00 poprosiłam o cokolwiek na uśmierzenie bólu, prysznic, wannę, cokolwiek. Przyniosła mi kroplówkę z opioidem. Było mi już wszystko jedno. Pomogło na tyle stępić ból między skurczami (co 2 minuty), że mogłam porozmawiać z mężem o tym co dalej. Położna powiedziała, że być może postęp jakiś będzie, ale to jeszcze bardzo długo potrwa. Maleńka była źle ustawiona, nie potrafiła odpowiednio ustawić główki do wyjścia :( Starsza położna z rannej zmiany wiele godzin wcześniej od razu stwierdziła, że na jej oko nic z tego nie będzie.

Nie spałam już 37 godzin.

Nie jadłam 24 (nie byłam w stanie).

Po 16 godzinach regularnych skurczy.

Wykończona.

Urodziłam przez cesarskie cięcie.

:)

  • Napisane 4 kwietnia 2017 o 16:26

28 marca przyszła na świat maleńka.

Piękna.

Zdrowa.

Moja

:)